ŻYCIE SZTUKI I KRYTYKA ARTYSTYCZNA

Sztuka polskiej moderny była w pewnej mierze refleksem panujących na przełomie XIX i XX wieku poglądów estetycznych. Poglądy te szerzyły czaso­pisma redagowane przez awangardę młodopolską. Obok periodyków o ideologii pozytywistycznej, jak ,,Prawda”, „Nowiny”, „Ateneum”, powstały nowe. Należała do nich warszawska „Chimera”, założona i kierowana przez Zenona Prze­smyckiego (Miriama) w latach 1901—1907. Wcześniej pojawiło się krakowskie „Życie”, tygodnik literacko-artystyczny i społeczno-naukowy, założony, jak już o tym była mowa, w r. 1897 przez Ludwika Szczepańskiego. Od Szczepańskiego przejął „Życie” Sewer Maciejowski (ryc. 135), a jego redaktorem został Artur Górski, autor cyklu artykułów pt. Młoda Polska. Maciejowski „męczył się — (podług swych własnych słów) — z dekadentami wściekle”, wobec czego jesienią 1898 roku przekazał czasopismo przybyłemu z Berlina Przybyszewskiemu. Nowy redaktor zerwał ostatecznie z szablonem pozytywistycznych czasopism, który określał zwrotem „ni pies, ni wydra”. Wypominał tego rodzaju periodykom, że „społecznikowstwo następowało na pięty literaturze, a ta literatura zdobywała sobie o tyle miejsce, o ile była odzwierciedleniem społecznej ideologii”. Tego ro­dzaju sytuacja nie mogła — rzecz jasna — odpowiadać wielbicielowi czystej sztu­ki, absolutu i nagiej duszy; człowiekowi, który skarżył się w słowach „nie wiem, czym jestem […], skąd pochodzę, dokąd idę”, co pasuje go na jednego z prekursorów egzystencjalizmu. „Ży­cie” chciało więc „wychować społeczeństwo, by nauczyło się odłączać sztukę od spraw etycznych i dotyczących eko­nomii społecznej”. Pismo pro­wokujące mieszczańskiego fi­listra ulegało częstym konfi­skatom (np. za Szatana Vige-landa i De profundis Przyby­szewskiego), a „Głos Narodu” wyrabiał mu opinię pornogra­ficznego i żydowskiego. Toteż wegetowało zaledwie do po­czątków 1900 roku.

Działała też na wyobraźnię czytelników szata  graficzna „Życia”   i   „Chimery”  oraz dobór ilustracji, drażniących mieszczańskiego      odbiorcę. Oryginalną postać graficzną przybierało krakowskie „Ży­cie” (ryc. 136), którego sza­tą zewnętrzną zajmowali się zrazu Axentowicz i kierownik artystyczny pisma,  Wyczół-kowski, z kolei zaś jego następca, Stanisław Wyspiański, który przy końcu ro­ku 1898 przejął w swoje ręce kierownictwo artystyczne periodyku, żeby wyci­snąć na nim silne, indywidualne piętno (ryc. 138). Jeszcze wytworniej od „Ży­cia” przedstawiała się późniejsza warszawska „Chimera”, uderzająca bardziej wysmakowanym opracowaniem typograficznym, zdobiona przez Edwarda Oku-nia (ryc. 137), a częściej jeszcze przez malarzy krakowskich: Mehoffera i Dę­bickiego. Obydwa te czasopisma wywierały niewątpliwy wpływ na polskie rze­miosło drukarskie, a okładka typu secesyjnego, kształt kolumny, dobór inicjałów, przerywników itp. zyskały bardziej nowoczesne, nierzadko zaś swoiście grotesko­we piętno, zwłaszcza w okresie późniejszym (ryc. 139).

Krytyka artystyczna, zdezorientowana zapewne nowością i dziwnością prą­dów artystycznych fin de siede’u, nie osiągnęła takich sukcesów jak krytyka doby pozytywizmu, reprezentowana przez Sygietyńskiego i Witkiewicza. W la­tach dziewięćdziesiątych toczyła się dyskusja głównie wokoło impresjonizmu, który budził sporo sprzeciwów. Symbolizm mniej miał oponentów, zapewne dla­tego, że przedłużający się u nas romantyzm przyzwyczaił odbiorców do tematyki fantastycznej, wobec czego godzono się łatwiej na

dziwactwa neoromantycznejwyobraźni. Jak wspomniano w rozdziałach poprzednich, właściwe symbolizmowi oderwanie sztuki od ziemi i przeniesienie jej w tradycyjną już u nas sferę ideału powitały jak naj życzliwi ej nawet czasopi­sma mieszczańskie w rodzaju „Tygodnika Illustrowanego”. Natomiast impresjonizm zbyt drażnił odbiorców nowym sto­sunkiem do koloru i formy, żeby przyjąć się od razu. To­warzysz Chełmońskiego i wy­chowanek Klasy Rysunkowej, Antoni Piotrowski, pisał w ten sposób o malarzach francu­skich: ,,Cézanne jest wprost śmieszny i monstrualnie uta­lentowany […], Gauguin, śmiech ogarnia, jak można go uważać za malarza”. Malar­ka Anna Bilińska (ryc. 115) określała w r. 1884 obrazy impresjonistyczne jako „dzi-wadła”. Oburzała się w swych Listach z Paryża na ,,trywial­ność scen i twarzy” malowa­nych przez impresjonistów. Uprawiany przez nich kierunek malarski trakto­wała jako cudactwo i idiotyzm wyjaśniając, że „trudno sobie coś bardziej śmiesz­nego i dziecinnego wyobrazić; żadnego rysunku, żadnego koloru”. Nie powinno to dziwić, kiedy jeszcze w r. 1890, a więc po powrocie z Paryża Podkowińskiego i Pankiewicza (którzy demonstrowali zdumionej Warszawie zasady dywizjoniz-mu), Jerzy Mycielski wciąż jeszcze nie rozumiał Courbeta, pisząc o znanych z Luwru Dziewczętach nad brzegiem Sekwany, że „realizmem swym po prostu szkaradne, grube, bez smaku, a zatem bez żadnej myśli, brzydkie, rozwalone na trawie, tłuste dziewczęta nad brzegiem Sekwany”. W rok później donosił znowu Czesław Jankowski na łamach „Tygodnika Illustrowanego”, że „przeminął podo­bno nad Sekwaną […] system błyskotliwej impotencji i impresjonistycznych dzi­wolągów”, przy czym rzucał teoretyczne pytanie: „czy istotnie uciekać się trzeba do rzeźbienia gęstymi farbami wyszukanych refleksów, do maniery i modnego impresjonizmu […] Po co szukać nowych dróg dla osiągnięcia wspólnego dla wszystkich celu — prawdy i piękna”.

W tym samym roku (1891) wyśmiewano w krakowskim ,, Cza­sie” „stek kleksów nie­biesko- pomarańczowo-zielonych”, jakie się składały na Portret mężczyzny Podkowiń-skiego, a o Kopaniu bu­raków Wyczółkowskie­go napisano, że „ko­bieta siedząca w środ­ku robi wrażenie tran­sparentu, a zamiast białej chustki na gło­wie ma zaświecony lampion różowy”.

Z drugiej strony w tym samym czasie, kiedy Bilińska nadsy­łała do kraju swoje wypowiedzi na temat

impres j onisty czny eh „cudactw i idiotyz­mów” (1884), pojawi­ła się w „Wędrowcu” życzliwa notatka o wy­stawie Maneta, „mi­strza szkoły impresjo­nistycznej”. Był to jed­nak głos odosobniony, gdyż np. w „Kłosach” przypomniano w związku ze śmiercią Maneta, że na próżno malarz ten „zasłaniał się naturalizmem, Velazquezem i Goya, publiczność nie mogła się pogodzić z bohomazami”.

Propagatorką impresjonizmu została natomiast Gabriela Zapolska^ która po­dobnie jak Pankiewicz i Podkowiński, znalazła się w r. 1889 w Paryżu. Z po­czątku wyśmiewała wprawdzie dostrzeżone w Salonie niezależnych „monstrualne nagromadzenie punktów”, ale popierała impresjonistyczne próby wspomnianych malarzy polskich, a w latach dziewięćdziesiątych, zaprzyjaźniona z malarzami Ransonem i Serusierem, stała się gorliwą zwolenniczką Gauguina, Van Gogha, w szczególności zaś nabistów, czego wyrazem były jej korespondencje nadsyłane z Paryża do prasy warszawskiej. Kupowała też ich dzieła i przywiozła do kraju niewielką kolekcję obrazów, m. in. Pissara, Seurata, Gauguina, Van Gogha i Serusiera. Późniejsza przedstawicielka literackiego naturalizmu godziła się także na symbolizm i przejawy, jak pisała, „swojego ja duchowego”.

Autorem bodaj pierwszego u nas poważnego artykułu o im­presjonizmie stał się nestor malarskiej szkoły warszaw­skiej, Wojciech Gerson, który w r. 1891 ogłosił w ,,Bibliotece Warszawskiej” wcale wyczer­pujące i częściowo słuszne uwa­gi na temat nowego kierunku. Stwierdził, że impresjonizm od­twarza tylko powierzchnię ży­cia, że notuje pędzlem momen­talne wrażenie. Powtórzył zna­ną formułę Zoli, podług którego dzieło sztuki jest cząstką na­tury, widzianą przez pryzmat temperamentu, ale dodał, że „znaczenie temperamentu zacie­śnia się tu po prostu do takiej lub innej budowy oka, do jego fizycznych […] właściwości” (dodać nawiasem warto, że znaczenie oka, podkreślane przez  Zolę w latach sześćdziesiątych,

przyjęło się w teorii impresjonizmu jako motyw prawie obiegowy). Narzekał z kolei na rozluźnianie się stosunku między sztuką a społeczeństwem, określał ówczesnego człowieka jako osobnika „rozbitego wielką newrozą wieku”, o roze­drganych nerwach, które sprawiają, że wszystko staje się dla niego drganiem; drganiem światła, barwy, nawet marmuru. Najsilniejsze wrażenia stają się prze­mijającym drganiem („wibryzmem”). Traktował zatem impresjonizm jako „ro­dzaj metafizyki zmysłów”, jako „sferę obłocznych mgławic”, żeby tę mgławico-wość przeciwstawić sztuce „wypukłej i żywej, mającej treść duchową i uczucio­wą”. Uważał sukcesy impresjonizmu za efemeryczne, za „przemijającą gorączkę sensualizmu”. Ganił więc obydwóch swych uczniów, Podkowińskiego i Pankiewi­cza, za propagowanie nowego kierunku.

W kilka lat później malarz i krytyk warszawski Henryk Piątkowski odniósł się przychylnie do impresjonizmu, przy czym w swej monografii Podkowińskiego z r. 1896 wyjaśniał, dość zresztą naiwnie, zasady dywizjonizmu. Do wybitniej­szych krytyków warszawskich należał Tadeusz Jaroszyński, który trafnie ocenił twórczość Masłowskiego, oraz malarz Władysław Wankie. Z czasem pogo­dzono się z nowym kierunkiem artystycznym, pomimo że wśród ówczes­nych krytyków przeważali ludzie przygodni, o słabym przygotowaniu teo­retycznym. Przysłowiowe, jak wiadomo,  stało  się  nieuctwo  krytyka  krakowskiej „Nowej Reformy”, Władysława Prokescha.

Ryc. 139. Adam Dobrodzicki, Okładka dramatu „Atessa”; r. 1910

Spośród malarzy wypo­wiadali się na temat sztu­ki Pankiewicz i Mehoffer. Pierwszy mówił o impresjo­nizmie, drugi formułował po­glądy zgodne także z jego secesyjno – symboliczną od­mianą malarstwa. Pankie­wicz stwierdzał kategorycz­nie: „nie ma drzew, nie ma przedmiotów, jest tylko wra­żenie, wywołane wibracją na siatkówce oka”, co kojarzy się z poglądami Prousta, po­dług którego „nie ma goty­ku, nie ma arcydzieł; szpital bez stylu wart jest tyle co wspaniały portal” (oczywi­sta, na impresjonistycznym obrazie), i dalej „nie ma rze­czy bardziej lub mniej cen­nych, […] cała wartość jest  w spojrzeniu malarza”. Mehoffer pisał wielokrotnie  o sztuce,ale szczególną   wartość posiada dla nas jego wczesna rozprawa z r. 1897, napisana w roku założenia stowarzyszenia Sztuka, a nosząca tytuł  uwagi o sztuce i jej zastosowaniu do natury.

Jako malarz zda­wał sobie autor sprawę ze znaczenia światła i barwy, ale podkreślał też znaczenie linii. Brał także pod uwagę naturę przedmiotu, jak gdyby w przeczuciu, że pol­ski impresjonizm będzie grawitował w stronę realizmu. Ale zgodnie z zasadą impresjonizmu francuskiego (tak bystro rozwiniętą przez cytowanego już Prousta) aprobował zrównanie człowieka z całą naturą, z drzewem, a nawet jakimkol­wiek sprzętem. Natomiast zgodnie z psychologizmem symbolizmu cenił nie tylko ogólny nastrój obrazu, ale i psychiczny wyraz człowieka, popadając w sprzecz­ność z samym sobą. Pisał również o muzyczności malarstwa i idealnej postaci przedmiotu, jeśli artyście udało się uchwycić kolor określony światłem i ma­terią tegoż przedmiotu. Dopuszczał przekształcanie natury w imię stylu, pod którym rozumiał supremację idei (artystycznej refleksji) nad naturą, przy­znając jednak, że natura powinna dostarczać artyście wzorów. Zgodnie z tym dopuszczał upraszczanie form rzeczywistych  i  przeciwstawiał  się  dawnej sztuce realizmu stanowiącej „złudę dla oka” bezmyślną i łatwą.

Poglądy na zadania krytyki artystycznej zostały dość przejrzyście sformułowane na łamach „Życia” z r. 1897 (nry 5—6) w arty­kule o znamiennym tytule Kryty­ka — Bojkot — Impresja. W oparciu o zasadę czystej sztuki stwierdzono, że „wartości moralne i estetyczne — to żywioły he­terogeniczne, wrogie sobie, nie dające się złączyć żadnym węzłem”. Wyjaśniono także, że krytyka prawdziwie artystyczna, impresja, jest ostatnim wyrazem krytyki, bo wciąga w obręb świątyni sztuki nową irradiację duszy artystycznej. Na tej drodze dochodzi krytyka do indy­widuum, bo znając emocje artystyczne, treść duszy, poznaje także jej najbar­dziej indywidualne odruchy. Krytyka z tą chwilą dopiero staje się sztuką i nie może być uprawiana systematycz­nie, ze skalpelem w ręku, lecz z duszą w ciele.

Jak z tego wynika, ustalono, że: 1. sztuka nie ma nic wspólnego z moralnością; 2. poznanie sztuki jest możliwe tylko w drodze impresyjnego wnikania w nią, tj. stoso­wania (zgodnie z bergsonizmem) intuicji; 3. celem zaś tego poznania jest indywidualna dusza artysty. Krytyka „subiektywna” była też propagowana w dziedzinie literatury pięknej, a jej promotorem był  Ignacy Matuszewski.

Artyści okresu Młodej Polski rzadziej szukali podniet artystycznych we Wło­szech niż w Paryżu. Z reguły wyjeżdżali na studia do Paryża, nawiązywali żywe nieraz kontakty z tamtejszym środowiskiem artystycznym, a niekiedy pozosta­wali w Paryżu na stałe, jak Slewiński i Boznańska. Polscy uczniowie Akademii Colarossiego przy ul. Grande Chaumière przebywali często w znajdującej się naprzeciw szkoły Crémerie chez Madame Charlotte, opatrzonej dwoma szyldami malowanymi przez Olewińskiego i czeskiego malarza Alfonsa Muchę.

Ryc. 141. Jacek Malczewski, Portret Rudolfa Starzewskiego; z r. 1921.— Według kliszy fot. Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego

W lokalu wisiały obrazy i studia Chełmońskiego, Delaveaux, Podkowińskiego i Wyspiań­skiego. Spotykali się tutaj Strindberg, Gauguin, Mucha, Ślewiński, poeta Mauclair, Wyspiański i Mehoffer. Zachodził też podobno do tej ,,mleczarni” Przy­byszewski.

W Paryżu poznawali młodzi malarze polscy nowe kierunki artystyczne. Jako zwolennicy nowej sztuki, łączyli się ze sobą na zasadzie wspólnych poglądów i powinowactwa duchowego, a po powrocie d o kraju zaczęli po raz pierwszy w historii naszej sztuki zakładać oficjalne związki.

Dla układu stosunków artystycznych na przełomie w. XIX i XX posiadał duże znaczenie czynnik generacji. Albowiem różnica wieku artystów przynależnych do awangardy artystycznej wahała się w granicach lat blisko trzydziestu. Wyczółkowski np. przyszedł na świat w r. 1852, a Wojtkiewicz dopiero w r. 1880, wobec czego nie powinno dziwić, że starsi malarze, przynajmniej w początkach swej działalności, przeżywali fazę pozytywistycznego realizmu i dopiero z bie­giem czasu modernizowali swą sztukę.

Malarze nie ograniczali się do stosunków towarzyskich w obrębie własnej grupy zawodowej, ale obcowali także z pisarzami, aktorami, nawet z ludźmi na­uki. Szczególnie silne wzajemne powiązania istniały między światem malarskim a aktorskim, czego wyrazem była wydana w r. 1903 Teka Melpomeny z autolito-grafiami Frycza (ryc. 140), Rzeckiego, Wojtkiewicza i innych młodych malarzy, parających się grafiką i karykaturą. Prawdziwym polem popisu dla karykaturzy­stów stało się  dodać przy okazji warto śmiało redagowane pismo satyryczne „Liberum Veto”,przybierające często secesyjny charakter graficzny. Malarze żywo interesowali się instytucją teatru, scenografią i samym widowiskiem scenicznym, zwłaszcza
w okresie dyrekcji Tadeusza Pawlikowskiego,a także Ludwika Solskiego, przy czym taki
Stanisławski, stały bywalec premier, uchodził za wyrocznię w sprawach teatru. Wyspiański
malarz, poeta i dramaturg, tyloma więzami sprzężony ze sceną polską, ubiegał się nawet
o stanowisko dyrektora krakowskiego Teatru im. Słowackiego .Powstawały dość osobliwe powiązania między sferą teatru a powszedniego Życia, bo   Wyspiański kompono­wał niemal analogiczne (góralsko-lechickie) sprzęty zarówno do ukazanej na scenie izbicy drewnianego dworu Bolesława Śmiałego, jak i do mieszkania młodego lekarza i autora Słó­wek, Tadeusza Żeleńskiego, ożenionego z córką profesorostwa Pareńskich, me­cenasujących krakowskiej cyganerii.

Malarze zżyci ze światem literackim sami parali się poezją, a Wyspiański bynajmniej nie był pod tym względem wyjątkiem; tyle że na polu poezji osiągnął największe sukcesy. Terenem wzajemnych spotkań były w Krakowie kawiarnie, teatr i nieliczne domy prywatne, jak Sewera Maciejowskiego w okresie wyda­wania przezeń „Życia”, Przybyszewskich, a przez dłuższy okres czasu salon Elizy Pareńskiej, żony profesora medycyny. Spędzali tutaj całe noce: Wyspiań­ski, Tadeusz Żeleński, poeta Edward Leszczyński, Teofil Trzciński, Karol Frycz, Wojtkiewicz i Stanisław Rzecki. Rano zasuwano story z uwagą: „ach, to obrzy­dliwe słońce” — i gawędzono dalej przy świecach. Panny Pareńskie namawiały młodych ludzi do samobójstwa, chociaż były „poczciwe i dobre”. W kawiarni  Schmidta spotykali się ze sobą głównie młodzi adepci pióra, a w ,,Paonie” Tur-lińskiego, naprzeciw Teatru Słowackiego, widywało się redaktora ,,Życia”, Przy­byszewskiego, czasem w towarzystwie żony Norweżki, Dagny Juell, obok nich „po­nurego dekadenta” Tadeusza Żeleńskiego (późniejszego Boya), który jako nało­gowy wówczas karciarz przychodził głównie na ferbla, malarzy: Kaspra Żele­chowskiego, Włodzimierza Tetmajera (wyśpiewującego swoje słynne „kurdesze”), Wodzinowskiego, Mehoffera, pogrążonego zazwyczaj w milczeniu Wyspiańskiego z zimnymi, jasnobłękitnymi oczyma i rudawą brodą, Stanisława Czajkowskiego i Procajłowicza. Zjeżdżali też od czasu do czasu do tegoż „Paonu” Kaspro­wicz (ryc. 159) i Miriam-Przesmycki z Warszawy. Na dużym rozpiętym w lokalu płótnie notowano podobizny bywalców kawiarni i na różne sposoby próbowano malarskich talentów. Specyficzna atmosfera wytworzyła się wreszcie w Jamie Michalikowej przy ulicy Floriańskiej, o czym tak zniewalająco pisał Boy-Żeleń­ski w swej uroczej książce Znaszli ten kraj. W urządzonym tam kabarecie lite­rackim pod nazwą Zielonego Balonika rej wodził m. in. potężny, jasnowłosy gru­bas o cholerycznym temperamencie, Jan Stanisławski (ryc. 235).

Zielony Balonik, symbol krakowskiej moderny, nie pozbawiony pewnych, naiwnych zresztą, cech dekadencji, skupiający przy tym „postępowych” na ogół artystów, był popierany — co na pierwszy rzut oka może się wydać paradok­sem — przez redakcję stańczykowskiego organu krakowskiego „Czasu” i w ogóle przez koła konserwatywne. Filar tego kabaretu, Boy-Żeleński, bywał częstym gościem w redakcji dziennika, a jego redaktor Starzewski (ryc. 141), sprzyjał artystycznej cyganerii. Brał udział w seansach Balonika, oczywiście w cha­rakterze widza, związany z „Czasem” profesor Jerzy Mycielski, a odwiedził go nawet papież konserwy krakowskiej, Stanisław Tarnowski, w swoim czasie współautor Teki Stańczyka. Było to jednak zrozumiałe, skoro Młoda Polska atakowała przede wszystkim sfilistrzałe mieszczaństwo, a właściwa jej chłopo­mania, łagodnie ironizowana w karykaturach Jamy Michalikowej     wyrastała organicznie z ideologii solidaryzmu narodowego, propagowanego przez galicyjski obóz zachowawczy.

O nas

Prowadzimy kupno dzieł sztuki na terenie całej Polski z uwzględnieniem Krakowa, Warszawy i Gdańska Specjalizujemy się głównie w malarstwie Polskim XIX – XXI w. Osoby zgłaszające się do nas mają zawsze pewność, że dostaną fachową wycenę i pełną anonimowość.

Privacy Preference Center